Obudziły mnie promienie słońca. Powoli przekręciłem się na drugą stronę, żeby objąć Han, ale jej nie było.
Spanikowany podniosłem się do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się po pokoju w nadziei, że ją zobaczę. Jednak nie było ani jej, ani ubrań. Zniknęła. Wyszedłem przez uchylone drzwi od sypialni w stronę kuchni. Co się stało? Co zrobiłem nie tak?
Prawie się rozpłakałem, kiedy zobaczyłem Han, jak krzątała się po kuchni w mojej koszuli. Odetchnąłem głośno z ulgą, czym przyciągnąłem jej uwagę. Na mój widok się rozpromieniła. Podeszła do mnie i objęła mnie w pasie, po czym pocałowała czule w usta. Oddałem pocałunek, nigdy jeszcze go nie nie oddałem. Za bardzo kochałem to uczucie nas, jako jedności.
- Dzień dobry - powiedziała radośnie, odchodząc ode mnie. Natychmiast znalazłem się przy niej i objąłem ją w pasie.
- Wszystko okej? - zapytałem, zanim zdążyłem się powstrzymać. Han odwróciła się ode mnie, opierając się o blat.
- A co miałoby nie być okej?
- Kiedy się obudziłem, ciebie nie było... - zacząłem znowu panikować, ale ona położyła swoje dłonie na moich policzkach. Zamknąłem usta.
- Zawsze dręczyłam moich rodziców tym, że wcześnie wstawałam. Seks nie stanowi wyjątku, będę wstawać przed siódmą tak czy tak - powiedziała z uśmiechem.
- Bałem się.
- Czego?
Stałem tak przez chwilę i gapiłem się w jej oczy.
- Że żałujesz - przyznałem. Hannah objęła mnie za szyję.
- Podtrzymuje zdanie z wczoraj. Jestem pewna i nie żałuję tego, co się wczoraj wydarzyło.
Po tych słowach przywarła do mnie ustami. Położyłem jej dłonie na talii i przyciągnąłem bliżej siebie.
- A ja nie dawałem ci wczoraj koszulki? - spytałem, patrząc na rozpiętą do połowy koszulę, którą miałem wczoraj. Han zarumieniła się.
- No, niby dawałeś, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać - powiedziała.
- Nie ma sprawy. Jest już twoja, skarbie - przyznałem i pocałowałem ją lekko.
- Naprawdę skończą ci się ubrania, kocha... Harry - oblała się większym rumieńcem.
- Co? - spytałem z uśmiechem, sadzając ją na blacie i stając między jej nogami. Ona nie odpowiedziała, tylko zaczęła bawić się swoimi palcami.
- Powiedz.
- Już drugi raz chciałam nazwać cię "kochaniem" - powiedziała wolno z zażenowanym uśmiechem.
Moje serce zaczęło trzepotać w piersi.
- To nazwij mnie tak - wzruszyłem ramionami.
- Nie, to głupie - zaprotestowała.
- Dla mnie jest urocze. Skarbie, nie ma co się wstydzić - powiedziałem i pocałowałem ją w usta.
- Dobrze - powiedziała w końcu. Uniosłem znacząco brew.
- Dobrze, kochanie - dodała z niepewnym uśmiechem. Objąłem ją w pasie.
- Powtórz.
Spojrzała na mnie swoimi brązowymi oczyma.
- Kochanie - powtórzyła pewniej, a moje serce znowu zaczęło bić szybciej, kiedy usłyszałem od niej to zdrobnienie.
- Bardzo dobrze - powiedziałem.
- Dziękuję, kochanie - odparła Han, chichocząc i całując mnie w czubek nosa.
Han.
- To spotkamy się jutro? - spytał Harry, stojąc w drzwiach wejściowych do jego mieszkania. Pocałowałam go.
- Chętnie - powiedziałam. On objął mnie i mocno przytulił, całując w usta. Kiedy się oderwaliśmy, pocałowałam go w czubek nosa. - Nie wierzę, że udało ci się zmusić mnie, żebym została u ciebie cały dzień - jęknęłam. Na zewnątrz było już ciemno.
- Ale źle nie było?
- Na nudę nie mogę narzekać - zachichotałam i wyrwałam się z jego uścisku.
- Do zobaczenia, Harry.
- Do zobaczenia, skarbie - powiedział. Pocałowałam go szybko w usta.
- Pa, kochanie.
Uśmiechnął się, a ja kierowałam się w stronę schodów. Dopiero, kiedy zniknęłam Harry'emu z oczu, usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Zbiegłam po reszcie schodów. Ktoś zaczął do mnie dzwonić.
- Hej, Michael - powitałam kuzyna w słuchawce. - Właśnie wyszłam od...
Ktoś wyrwał mi telefon z ręki i rzucił nim o ziemię. I Phone roztrzaskał się w wyniku zderzenia. Popatrzyłam na sprawcę i oddech uwiązł mi w gardle. Dziewczyna z kolczykiem.
- Nie powiedziałam, że pożałujesz, jak z będziesz się z nim dalej zadawać, głupia pizdo?!
Stała wraz ze swoją koleżanką, która była z nią w sklepie. Obie stały, zaciskając pięści.
- Nie nauczyłaś się, że należy słuchać starszych? - wysyczała i popchnęła mnie na ziemię. - Starzy cię, kurwa, nie nauczyli?
Dobry humor wyparował, zamiast niego pojawiło się przerażenie w najczystszej postaci. Poprawiłam się na ziemi, ale druga, blondynka kopnęła mnie z całej siły w brzuch, przez co krzyknęłam.
- Zamknij mordę! - wrzasnęła i kopnęła mnie ponownie, tym razem w twarz. Druga walnęła mnie pięścią.
- Harry nie jest twój, suko - krzyczała zakolczykowana dziewczyna. Biły mnie, a z moich ust znowu wyrwał się zrozpaczony krzyk.
- Pomo... - krzyknęłam ostatkiem sił, ale blondynka przycisnęła mi brutalnie szmatkę do ust. Poczułam dziwny, niekoniecznie brzydki zapach. Obraz zaczął mi się rozmazywać. Ostatkiem przytomności czułam tylko zżerający ból, który wypalał moje żebra, płuca, i to głupie serce, które pracowało, żeby utrzymać mnie przy życiu, choć jedyne, co chciałam zrobić, to umrzeć. Któraś z nich chciała mnie kopnąć, ale przeszkodził jej w tym krzyk. Mój wzrok zaczął się wyostrzać. Przez mgłę widziałam jakiegoś długowłosego bruneta. Harry. Krzyczał do dziewczyn, ale zatrzymał się z przerażeniem się. Poczułam chłodne ostrze przy szyi.
- Cofnij się, kochanie, albo zabiję twoją dziwkę - krzyczała i przycisnęła ostrze mocniej. Syknęłam, czując, jak gęsta maź spływa po mojej szyi. Potem dźwięki syren. Inne krzyki. Ostrze z mojej szyi zniknęło, zastąpione dużą, męską, dziwnie znajomą dłonią.
- Pomóżcie jej, kurwa, pomóżcie - wrzeszczał Harry, przyciskając dłoń mocniej do mojej rany.
- Ha..y - wykrztusiłam. Podniósł mnie.
- Han, Han, spójrz na mnie. Będzie dobrze, będziesz żyć, ze mną, proszę, obiecaj?
- Do końca naszych dni - wyszeptałam i czułam, jak opadają mi powieki,
- Proszę nam ją zostawić.
- Nie zostawię mojej ukochanej!
- Proszę, panie Styles.
Ciemność. Nareszcie coś zastąpiło ból, ale nie wiem, czy nie było to gorsze. Pustka. Pustka, jakby już niczego miało nie być, jakby wielkiego wybuchu nigdy nie było, a Ziemia nigdy nie powstała. Dlaczego nie mogę przestać po prostu myśleć, kontaktować, dlaczego po prostu nie umrę? Moje ciało jest silniejsze, niż mi się wydawało. Nic nie widziałam, słyszałam, czułam, nie było mnie. A jednak coś trzymało mnie przy życiu. Miłość czy moje nadpobudliwe serce? Nagle ból powrócił ze zdwojoną siłą. Kolejny strzępek świadomości. Karetka.
- Proszę pani, słyszy mnie pani?
Oczywiście, że słyszę, idioto.
- Halo, proszę pani?
I znowu pustka. Zaczyna to być denerwujące.
W tej chwili po prostu marzyłam, by umrzeć.
Harry.
Piłem niedobrą kawę z plastikowego kubka w miejscowym szpitalu. Naprzeciwko mnie siedział znajomy chłopak - kuzyn Han. Poczułem ból, jakby ktoś przyłożył moje serce do rozpalonego metalu. Wpatruje się w chłopaka, a on bawi się swoimi palcami. Po chwili jednak patrzy na mnie.
- Dziękuję - wyszeptał.
- Za co? - wychrypiałem głosem zmęczonym od płaczu i krzyku w nawoływaniu mojej miłości z powrotem do życia.
- Ochroniłeś ją. Lekarze tak powiedzieli. Była bliska śmierci, a ty ją uratowałeś - ukrył twarz w dłoniach i wydał cichy szloch. Położyłem mu dłoń na kolanie w geście współczującym, choć sam ledwo się trzymałem.
- Kochasz ją? - spytał.
- Bardziej niż cokolwiek innego.
Uśmiechnął się nieśmiało i otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale wtem do szpitala wbiegło kilkoro ludzi zanoszących się płaczem. Kuzyn Han wstał i podszedł do grupy. Ja założyłem kaptur i nasłuchiwałem ich rozmowy. Tyle ludzi, którzy ją kochali, stoi tu i płacze za nią. Ale ona nie umarła. Nie może umrzeć. Spojrzałem na rudą dziewczynę, która przytuliła się do kuzyna Han. Dwóch blondynów, z czego jeden obejmował szlochającą brunetkę. Jedna czarnowłosa dziewczyna . Tyle ludzi. Potem znowu do szpitala weszła nawałnica ludzi, ale ten widok był dla mnie jak nóż, który rozbudził moją wściekłość. Wszyscy trzymali mikrofony i kamery, przekrzykując się nawzajem.
- Harry Styles...
- Jest tutaj...
- Harry, Harry!
Wściekły zrzuciłem kaptur i podszedłem do rozradowanych dziennikarzy. Wrzasnąłem.
- Wyjdźcie stąd, wszyscy! Tu są chorzy, potrzebują spokoju!
- A co ty tu robisz?
- Jestem ze swoją dziewczyną, wypierdalać!
Rozbudziłem kolejną burzę.
- Dlaczego, Harry?
- Coś się stało?
- Ciąża...
- Harry!
Ochrona szpitala na szczęście wywaliła te hieny za obręb budynku. Rzuciłem się na podłogę na klęczki i zacząłem wyrywać sobie włosy. Ból, jaki mnie dotykał, piekł moje żebra, chciałem płakać, wrzeszczeć, umrzeć, ale musiałem być silny dla Han, dla dziewczyny, którą kocham, kocham bardziej niż swoje życie. Wcześniej powiedziałem jej, że kochałem trzy dziewczyn w swoim życiu, a teraz uświadomiłem sobie, jak perfidnie kłamałem. Kocham i będę kochać tylko ją w swoim życiu, chcę się z nią ożenić, mieć z nią dzieci i umrzeć spokojną starością. Ona nie może teraz zginąć przez moją pieprzoną sławę, w której zaczynam dostrzegać coraz więcej wad. Ale siedzimy w tym szpitalu już piątą godzinę i to doprowadza mnie do szaleństwa, myśl, że może boją się na powiedzieć, że ona umarła, choć umrzeć nie może.
- Przepraszam państwa. Państwo do panny Hannah Nowak? - usłyszałem głos nad sobą. Gwałtownie poderwałem się z ziemi.
- Który z państwa to Harry? - zapytał siwy, starszy lekarz z plakietką Tessel na piersi. Pociągnąłem nosem i wyszedłem z tłumu na przód.
- Pacjentka uparła się, żeby się z panem zobaczyć. Zapraszam za mną - powiedział. Poczułem, jak wielki kamień spadł mi z serca. Przecież martwy nie może się upierać?
- Ona... żyje? Han żyje? - wydusiłem. Siwowłosy lekarz spojrzał na mnie przyjaźnie.
- Oczywiście, że żyje. Obrażenia nie były na tyle poważne, choć, oczywiście, zagrażały jej życiu.
Poczułem, jak wszystko w moim życiu zaczyna odzyskiwać sens. Usłyszałem, jak każda pojedyncza osoba za mną oddycha z ulgą. Dałem się poprowadzić lekarzowi do sali, gdzie leżała moja ukochana. I ból znowu mnie przygniótł.
Hannah leżała na łóżku, blada i posiniaczona. Na jej szyi był bandaż. Wyglądała na słabą i kruchą, ale żyła. Fakt, że oddychała, i mi przywracał dech. Cicho otworzyłem drzwi i zamknąłem je za sobą. Na palcach podszedłem do niej.
- Nie śpię.
Miała wyczerpany, matowy głos. Odwróciła głowę w moim kierunku. Kiedy otworzyła oczy, poczułem iskierkę ciepła w organizmie. Jej brązowe tęczówki cały czas lśniły i promieniały ciepłem i radością, i blask ten nie przygasł. Delikatnie wziąłem jej dłoń, a ona splotła nasze palce.
- Dasz wiarę, że nic poważniejszego się nie stało? Żadnych złamań, przebitych płuc, tylko rany i siniaki? - powiedział, a jej głos zaczął lekko odzyskiwać młodzieńczość, jakby energii dodawał jej sam mój dotyk.
- Tak się martwiłem - powiedziałem i poczułem łzę na moim policzku. Ona usiadła i starła mi ją kciukiem.
- Powinnaś leżeć.
- Zamknij się, kochanie.
Moje serce zaczęło bić nieco szybciej.
- Też się martwiłam - szepnęła. - Myślałam, że coś ci zrobią.
- Jak mogłaś martwić się o mnie, będąc w takim stanie? - spytałem cicho, a Han lekko wtuliła się w moją koszulkę.
- Wszystko mnie bolało, i w tamtym momencie chciałam umrzeć. Tamta myśl zalęgła w moim umyśle, odganiając wszystko inne. Ale potem wkroczyłeś ty - spojrzała na mnie - i zrozumiałam, że jednak nie chce umierać.
Uśmiechnąłem się. Han dotknęła mojego dołeczka i pocałowała lekko w dolną wargę.
- I nic mnie nie boli - powiedziała sennie.
- Chyba musisz być na niezłych lekach,
- To szpital, tu mają tylko niezłe leki.
Rozluźniła uścisk na moim ubraniu i zacząłem panikować, czy ona teraz nie odejdzie.
- Spokojnie - szepnęła. - Chce tylko zasnąć.
Odsunąłem się, ale ona złapała mnie lekko za nadgarstek.
- Z tobą - westchnęła sennie, przymykając powieki.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - pokręciłem głową niepewnie.
- Nie dyskutuj - powiedziała i zrobiła mi miejsce na łóżku.
W sumie, byłem wyczerpany bólem i czekaniem na wieści o Han. Delikatnie położyłem się obok mojej dziewczyny, zdejmując wcześniej buty. Objąłem ją w talii, a ona wtuliła się w moją klatkę piersiową.
- Kocham cię, Han, tylko ciebie - powiedziałem.
Zanim zasnęła, odpowiedziała przyśniętym tonem:
- Też cię kocham, Harry. Do końca naszych dni.
Do końca naszych dni, Han
*****
xxx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz