- Hannah!
Biegnę ze śmiechem w ramiona Sarah.
- Tylko Han, proszę - mówię z uśmiechem. - Hej, Sarah.
- Hej, kochana. Dawno się nie widziałyśmy - mówi, skanując moje ciało i twarz. - No no no, tobie wiek służy.
Zbywam jej komplement ręką. Kiedy zaczynamy podchodzić do reszty grupy stojącej kilka metrów od nas, zdaję sobie sprawę, że nie kojarzę kilku twarzy. Najpierw witam się ze znajomymi, a potem czuję, jak czyjaś dłoń oplata się wokół mojego nadgarstka. Sarah przyciąga mnie w stronę nieznajomych twarzy.
- Han, to są Ann, Rebecca, Tom i Jake - przedstawia mi kolejno czwórkę stojącą przede mną. Kiedy ściskam ich dłonie, staram się zapamiętać ich imiona.
Ann jest niską i chudą blondynką. Uśmiecha się do mnie, a ja nie jestem w stanie go nie odwzajemnić. Kiedy Rebecca ściska moją rękę, nie jestem w stanie skupić się na niczym innym, tylko na jej czarnych oczach i włosach. Tom i Jake to bliźniacy - obydwoje są wysokimi blondynami o zielonych oczach. Czuję na sobie wzrok któregoś z nich, kiedy podchodzę do mojej starej znajomej - Molly.
- No - mówi, przeciągając samogłoskę. - Co robiłaś przez ostatnie dwa lata?
- Nic ciekawego, tak w sumie - mówię, nie wdawając się w szczegóły. Ona szturcha mnie w ramię.
- Daj spokój, ty i "nic ciekawego" nie idzie w parze. Mów.
Chwilę opowiadamy, co nas ominęło na czasie rozłąki. Molly opowiada mi o chłopaku, z którym była przez jakiś czas. Staram się słuchać, ale w sercu czuję lekkie ukłucie - nawet Molly się poszczęściło, i miała kogoś w swoim życiu. Wiem, że nie powinnam być zazdrosna, ale to jest właśnie to, co czuję - zazdrość delikatnie przypieka moje wnętrzności. Chwilę potem Molly odchodzi, a do mnie podchodzi któryś z bliźniaków - po koszulce zgaduję, że Jake.
- Hej - mówię, spoglądając w zieleń jego oczu.
- Nie powinnaś chodzić sama, więc się przyłączam - uśmiecha się. - Mogę?
- Jasne - pokazuję ręką w jego stronę.
- Więc - zaczyna - skąd jesteś?
- Polska. Ale strasznie chciałabym mieszkać w Londynie.
- Tak - śmieje się lekko. - Fajnie tu jest.
- A ty?
- Co ja? - patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Urodziłeś się w Londynie? - pytam, choć wiem, że nie. Nie ma tego akcentu.
- Nie, razem z bratem jesteśmy z Francji, ale w wieku szesnastu lat rodzice dali nam się przeprowadzić do wujka do Anglii.
- A... ile masz lat?
- Dziewiętnaście.
- Ou - wyrywa mi się.
- A ty?
- Piętnaście.
- Naprawdę? - patrzy na mnie spod uniesionych brwi. - Wyglądasz na starszą. Dałbym ci co najmniej siedemnaście.
- Dzięki - mówię.
Chwilę idziemy w ciszy, aż w końcu pytam:
- A jak brzmi twoje pełne imię?
- Co? - przystaje, ale tylko na chwilę.
- No wiesz, Jake nie brzmi tak... francusko - czerwienię się. - Myślałam, że może to skrót...
- Bo to jest skrót - przerywa mi z uśmiechem. - Ale jesteś chyba jedyna, która to zauważyła.
- To jak ono brzmi? - pytam, a on wbija wzrok w chodnik. Mamrocze coś cicho.
- Słucham? Nie usłyszałam.
- Nie... to głupie... - mówi z zażenowaniem.
- Nie będę się śmiać - dodaję mu otuchy uśmiechem. Bierze głęboki wdech i mówi, cały czerwony na twarzy:
- Jacques.
Uśmiecha się jakby przepraszająco.
- Dobra, nie obraź się, ale wolę nazywać cię Jake, ok? - mówię, a on wybucha śmiechem.
- Okej - mówi.
---
Od godziny rozmawiam z moimi przyjaciółmi, a wątpliwości o niezręcznej ciszy rozwiały się wraz z upływem 10 minut. Głównie spędzam czas z Jake'm - jest miły, ale zdecydowanie nie dla mnie na chłopaka. Za miły, za troskliwy i opiekuńczy. Słyszę cichy dźwięk mojego telefonu. Wyjmuję go z kieszeni torby i widzę powiadomienie:
Bateria się wyczerpuje (10%). Aby móc dalej korzystać z urządzenia, podłącz go ładowania.
- Cholera - klnę pod nosem.
- Co jest? - pyta Jake.
- Za chwilę wyłączy mi się telefon. Poczekaj chwilę - mówię do niego.
Piszę szybkiego sms'a.
Do: Michael
Za chwilę wyłączy mi się telefon, więc mogę nie (a raczej na pewno nie będę) odbierać.
H.
Wysyłam wiadomość, a już po chwili słyszę dźwięk świadczący o odpowiedzi.
Od: Michael
Daj mi numer któregoś z twoich znajomych na wszelki wypadek.
M.
- Jake? - mówię.
- Tak?
- Mogę twój numer telefonu dla kuzyna?
- Mhm, jasne. nawet pozwolę zapisać go tobie - mówi z uśmiechem.
- Dzięki - uśmiecham się.
Chwilę po wysłaniu wiadomości z numerem Jake'a telefon się wyłącza. Urok I Phone'a.
---
Jest godzina 22:30, a ja siedzę na ławce w środku parku, totalnie nie wiedząc gdzie pójść. Z zimna trzęsą mi się nogi. Kiedy żegnałam się z nimi wszystkimi pod London Eye myślałam, że zapamiętałam drogę powrotną. Pamiętałam dojście do parku, ale on sam okazał się dla mnie zagadką nie do rozwiązania. Nie ma wokół nikogo, kogo mogłabym zapytać o drogę. Jestem zagubiona. Zrozpaczona. Sama.
Pociągam nosem i wstaję, przerzucając torbę przez ramię. Muszę błądzić i szukać - co innego mi pozostało?
Dobrze, że ubrałam chociaż trampki, a nie szpilki. Dzięki Bogu za rozsądek. Idę, idę i idę. Nie jestem przerażona, ale to nie zmienia faktu, że naprawdę znalazłam się w głębokim dole. Przystaję i słucham swojego przyspieszonego oddechu i bicia swojego serca. Po chwili dochodzi do tego dźwięk... kroków. Co do cholery? Przed sobą widzę jakąś wysoką sylwetkę. O boże. Uratowana.
- Halo?
Postać przystaje. Podbiegam do niej.
- Przepraszam, ale się zgubiłam. Pomoże mi pan?
- Jasne - ten ktoś ściąga kaptur, a mój oddech się zatrzymuje.
- O... mój boże - wyduszam.
- Aha - mówi. - Czyli mnie kojarzysz?
- Kojarzę? O boże, ja cię uwielbiam, jezu... um, wiem, że trochę nie na miejscu, ale czy mogę twój autograf?
Przede mną stoi Harry Styles. Doskonale znam jego twarz - spędziłam godziny na przeglądaniu jego zdjęć w internecie. Moje policzki płoną, a on zaczyna się uśmiechać. Patrzę na jego formujące się dołeczki - dołeczki, które znam tak dobrze z Google'a, na żywo wyglądają o niebo lepiej.
- Jasne - śmieje się lekko. - Ale może najpierw Ci pomogę?
- Yyy... co? - czuję się taka onieśmielona. Właśnie spotkałam mojego idola, do cholery, w jednym z najgorszych momentów w moim życiu. - A, tak... um... - plączę mi się język i nie mogę się skupić. - Wiesz, jak dojść do wyjścia?
- Którego? - dlaczego on jest taki wyluzowany? Robię z siebie taką idiotkę. Uśmiecham się, cała czerwona na twarzy.
- Nie wiem, to mój pierwszy dzień tutaj, przyjechałam do rodziny - po co ja mu to mówię? Chwilę patrzy na mnie rozbawiony, aż w końcu pyta:
- Wyjście do London Eye?
- Nie, to dokładnie po drugiej stronie - mówię, cały czas cholernie onieśmielona.
- O! - klaszcze w dłonie - Idę w tamtą stronę. Może pójdziemy razem?
Nie wiem, co powiedzieć. Kilka minut temu siedziałam zrezygnowana na ławce, a teraz zostałam zaproszona na nocną przechadzkę przez kogoś, kogo mam na tapecie w telefonie. Jakby czytając mi w myślach, on ponownie mówi:
- Jeśli z jakiegoś powodu czujesz się głupio, możesz odmówić.
- Nie - prawie krzyczę. Nie pozwolę zaprzepaścić takiej szansy.
- To chodź, bo robi się zimno - mówi i zaczynamy iść obok siebie.
*****
Hej
Tak jak mówiłam, Han poznała Harry'ego.
Od tego tygodnia zaczynam dodawać we wtorek i piątek.
Do piątku,
xxx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz